Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Ładnie kłamiesz, skarbie

Zapiski

Zapisz
Popatrz (1)
Linki i informacje

Opowiadania

Domy z betonu
Będąc statkiem wśród świeczników
Natasza
Wolność
Sami
Diabeł
Włóczykij i Penelopa
Sierociniec
Dziewczyna z absyntem
Krulewna
Ładnie kłamiesz, skarbie

Autorka

Pisuje:
Cygańskie wino
Blog prywatny

Odwiedza:
Fora: Kącik Złamanych Piór, Paucis Verbis, Artystom, Gildia Muz, Powieściopisarstwo, Kochaś - magia pióra.
Ocenialnie: Martwe Fretki, Wulkaniczne

Czytuje:
Szkoła wyprzedzania, 1500 km, Turn the page, Fin Fiction, Pfleger, Dramatis Personae, Mestari, Latria śmierci.
Strona główna

15.04.2011 r.
Opinii: 1

Ładnie kłamiesz, skarbie


Czyli tragyczna historyja dwojga ludzi uwikłanych w społeczne konwenanse



Założyła bladą sukienkę w równie blade kwiaty. Można byłoby powiedzieć, iż była to sukienka bladoróżowa, kremowa lub pastelowo niebieska - można, tylko po co, skoro była przede wszystkim blada? Kawałek drogiej, koronkowej szmaty, zupełnie niewart swej ceny, kontrastował z rudymi włosami, związanymi niechlujnie w kucyk.
Podobno rude są charakterne i temperamentne. Ogniste, jak ich włosy.
Nie była co do tego przekonana, ale założyła buty na obcasie - czerwone, boleśnie wręcz uwydatniające swą krwistą barwą bezbarwność sukienki. Gdyby były bluzką, gryzłyby się z pomarańczowym kolorem włosów, a na szczęście to tylko buty, element stroju najbardziej ze wszystkich oddalony od włosów.
Lustro uparcie odbijało rudowłosą, chudą dziewczynę o wydatnych kościach policzkowych i twarzy porcelanowej lalki. Duże, szare oczy tylko dopełniały dzieła, nadawając jej twarzy wiecznie przestraszony i jakże uroczy wygląd.
Czuła się z tym ciele jak w przebraniu.
Szkoda tylko, że nie mogła go zdjąć.

***


Mówi się, że brązowy to taki ciepły kolor. Swojski i przyjemny, dziewczyny lubią brąz i te sprawy. Brat dziwił się, jakim cudem brązowookie nie ma powodzenia, a to o oczach chłodnych i niebieskich - owszem.
Może nawet nie chodziło o brak powodzenia - bo brązowooki młodszy brat interesował wiele dziewczyn. Tylko jakoś tak po pierwszej rozmowie dawały sobie spokój, wbijając wzrok - kojarzący się uparcie z roztapiającym się masłem - w starszego z braci. A on podobny wzrok wbijał w nie, przeszczęśliwy ze swej nieziemskiej urody.
Jedyne, co mu spędzało sen z powiek, to uparta niechęć do płci pięknej, wyraźnie okazywana przez młodego, który swoją drogą także przeszczęśliwy był, o ile snu z powiek nie spędzała mu część rodziny - w domyśle starsze rodzeństwo, sztuk jeden - próbująca uparcie coś zrobić z postępującym upośledzeniem społecznym najmłodszego uczestnika życia rodzinnego.
Mógłby godzinami siedzieć w swoim pokoju, odseparowany od świata, przy sztaludze utrwalać rzeczy piękne - bo jakiż sens miało utrwalanie brzydoty? Dopóki miał płótno, pędzel i farby, nie potrzebował niczego ani nikogo więcej.

***


- Te buty od stryjka Stasia z Hamburga są piękne. Nie myślałam, że na zachodzie mają takie śliczne rzeczy. Gdy je założy, na pewno żaden chłopak jej się nie oprze - orzekła siostra rudej, pomiędzy ogromnymi porcjami ryby, jakie wciskała sobie do ust, nie patrząc nawet, że płowe włosy wpadają jej do jedzenia.
- Masz narzeczonego, kochanie? - pytała babcia, ukrywając zaniepokojenie w swoim talerzu z karpiem.
- Nie. - Ruda strzepnęła okruchy chleba z bladej sukienki, przeglądając się w talerzu czerwonego barszczu. Jakiś niesforny pomarańczowy kosmyk, wysunąwszy się z dużej spinki w kształcie lilii, kołysał się tuż nad talerzem, gotów do niego wpaść przez chwilę nieuwagi.
Starała się nie patrzeć na ciężarną siostrę z mężem, ani na ojca, który przyglądał się córce z wyraźnym przygnębieniem. Od dawna nic nie wspominał o knuciu strajków ani o niczym takim. Odkąd pierwszy raz zdawała na uniwersytet i jej nie przyjęto.
- Utrapienie z nią okropne - westchnęła matka, dawniej równie ruda, co córka, jednak od niepamiętnych czasów farbująca włosy na brązowo. - Ale jest już na studiach, tam na pewno męża znajdzie.
- Och, oby! Toż to już najwyższy czas - zgodziła się babcia, a jej zaniepokojenie rozpłynęło się po karpiu.
- Na pewno znajdzie tam jakąś dobrą partię, może nawet doktora?
- Tak, i co jeszcze? - warknęła w końcu sama zainteresowana, niemalże rzucając łyżkę do talerza. - Znajdę wielką miłość mego życia? - zadrwiła, ale obie starsze kobiety wzięły to na poważnie.
- No pewnie, miastowi chłopcy to tacy dżentelmeni… - westchnęła matka.
- Nie trzeba szukać po miastach - oznajmiła dotąd pożerająca ogromne ilości jedzenia siostra z obrzydliwie wydętym ciążą brzuchem, jak bańka wyrastającym zaraz spod biustu. - Chociaż ja akurat tam znalazłam. Prawda, kochanie? - Uśmiechnęła się do męża, ten jednak tylko westchnął.
- Baba w ciąży to strasznie irytująca potwora, nie? - spytała ruda złośliwie.
- Jak ty się zachowujesz! - Matce z oburzenia aż wypadł kawałek karpia z ust.
- Och, ma trochę racji - próbowała załagodzić szykującą się kłótnię siostra, chichocząc jak nastolatka wątpliwej inteligencji. - Ostatnio jestem naprawdę nieznośna, wczoraj obudziłam Mareczka o pierwszej w nocy, by mi zrobił kanapki z miodem i szynką… - Znów zachichotała, jakby powiedziała przedni żart.
- Tak, kochanie. Będę ci przynosił na srebrnej tacce co tylko zechcesz i kiedy tylko zechcesz - oznajmił wesoło, podając żonie do ust kawał karpia. - Byleby moja Gabrysia zdrowe dziecko mi urodziła.
Chyba tylko ruda wychwyciła pewien fałsz i zmęczenie w głosie szwagra. Reszta rodziny - z wyjątkiem może w milczeniu jedzącego ojca - wyrażała wielki zachwyt cudownym, zżytym małżeństwem.
- No powiedzże, kochanie, czyż to nie cudowne? - zachwycała się babcia. - Na pewno w głębi serca też byś chciała mieć taką rodzinę i dzidziusia w drodze.
- Skarbeńku - szczebiotała matka - to sens życia kobiety.
- Nie. Po moim trupie - oznajmiwszy chłodno, ruda wróciła do konsumpcji barszczu, stojącego przed nią od początku kolacji. Wstać i wyjść, trzaskając drzwiami, wszak nie wypadało.
- Ładnie kłamiesz, skarbie. - Uśmiechnęła się matka, niezwykle zadowolona ze swego porażającego i błyskotliwego poczucia humoru.
Młodsza córka tylko spiorunowała ją wzrokiem, zbyt zrezygnowana, by się odgryźć za te wszystkie zniewagi, jakich się nasłuchała podczas tej Wigilii. Dalsze narzekania rodzinne postanowiła zignorować w obawie o stan swoich nerwów.

***


Zaraz po powrocie do domu, wlazła do swojego pokoju, powłócząc obutymi w zachodnie szpilki nogami. Zamknęła tylko drzwi i padła na łóżko, zrzucając buty. Odpoczywała chwilę, wykończona próbami wciskania jej dokładek ("Jesteś taka mizerna i bledziutka!") albo dziwacznych poglądów ("Małżeństwo i dzieci to cel życia kobiety, zapamiętaj to, skarbeńku!"), albo wyrażania absurdalnych nadziei ("Mam nadzieję, że pomożesz Gabrysi i Markowi z tymi gazetami, teraz nie mogą się tak angażować, jak wcześniej").
- Urgh, jakby mnie coś obchodziła ta wasza "Solidarność" - warknęła w poduszkę i przyłożyła jej pięścią. Westchnąwszy ciężko, domruczała - bawcie się sami.
Chciała tylko wieść wygodne i proste życie, a bieganie z ciężkim plecakiem i uciekanie milicjantom na pewno nie dawało się tak nazwać. Tym bardziej, że nie miała najmniejszej ochoty skończyć internowana, jak brat szwagra. Wystarczy, że miała problemy w zeszłym roku z dostaniem się na studia. Ojca pewnie ostro przemaglowali, papiery do podpisania wcisnęli. Chyba powinna być mu wdzięczna.
Podniosła się leniwie z poduszki i zwlokła z łóżka. Stanęła przed lustrem, zdejmując pretensjonalną spinkę w kształcie lilii z włosów i pozwalając im opaść swobodnie na ramiona. Po dotąd całkiem porcelanowej, wyrażającej jedynie uprzejme znudzenie twarzy, przebiegł cień gniewu. Skrzywiła się i wygięła usta pogardliwie.
- Wielka miłość życia, szlag by ich - syknęła, zaraz jednak uśmiechnęła się do odbicia. Mimo iż zupełnie nie pasował do jej charakteru, lubiła swój wygląd. I siebie, siebie szczególnie lubiła. Cmoknęła się lekko w ramię. - Jedną miłość już mam.
Ściągnęła bladą sukienkę i cisnęła ją w kąt, zupełnie nie przejmując się ewentualnym uszkodzeniem delikatnych koronek. Trzeba swoją jedyną miłość rozpieszczać i dlatego też sięgnęła po jakąś wygodną, przydługą bluzę, którą zaraz wciągnęła na siebie. Nareszcie odrobina wygody.

***


Jak zwykle siedział przy sztaludze, dłubiąc misternie małym pędzelkiem przy płótnie, próbując oddać deseń sierści irbisa. Skały już namalował. Śnieg także - a ten należał do trudniejszych, przynajmniej dla niego, elementów malarstwa, chociaż na pierwszy rzut oka na skomplikowany nie wyglądał. Ale pantera, na dodatek tak mała wśród tych wielkich głazów, była wyjątkowo karkołomnym - lub w tym wypadku pędzlołomnym - zadaniem. Te małe cętki, kępki sierści…
Mimo trudności lubił takie zadania. To nie wychodziło, to coś się psuło, trzeba było malować to samo wiele, wiele razy, zanim się udało, by w końcu temu sprostać. Od czasu do czasu musiał podjąć się czegoś takiego, by poczuć, że nie obrósł jeszcze kurzem. Że może, że potrafi.
Niestety niektórzy z rodziny także lubili takie zadania i być może to dlatego w dłubaniu przy kociej sierści przeszkadzał mu ciąg słów, wypowiadanych pretensjonalnym, nosowym głosikiem.
Tleniona na blond dziewoja rozsiadła się na jego łóżku, marudząc coś ciągle i bawiąc się mysim ogonkiem - matowym i kosmatym warkoczykiem, który pewnie miał jej nadawać nieco dziecinny, uroczy wygląd. Nie nadawał w żadnym wypadku, ale rodzeństwo - rodzaj męski, liczba pojedyncza - zdawało się być rzeczonymi warkoczykami zauroczone, gdyż z zapałem wysłuchiwało jej biadolenia. Musiało, gdyż oficjalny chłopak Kaśki całkowicie ją ignorował.
- Wiesz, zastanawiam się - brat przerwał monolog panny bez większych skrupułów - co jest nie tak. Jesteś jedyną, która z nim wytrzymała. Wszystkich tak traktuje i wszystkie uciekały od razu.
- Daj spokój - mruknęła dziewczyna, spoglądając na malującego dwuznacznie. - Do niego trzeba po prostu dotrzeć. I jest taki niedostępny, szorstki, aż chce się go mieć tylko dla siebie.
Odłożywszy pędzel, spojrzał na nią z niekłamanym obrzydzeniem, ale i z pewną obawą. Cenił sobie swój intelekt, a istniało wciąż podejrzenie, że głupotą można się zarazić. A ta Jak-jej-tam bez wątpienia była najgłupszą osobą, jaką w życiu spotkał. I najbardziej oderwaną od rzeczywistości, włączając jego w ten jakże chlubny poczet postaci, okazjonalnie tylko zstępujących do świata rzeczywistego.
- Bzdura - warknął.
- No, no, droczyć się kiciusiowi zachciało. Ale ja i tak wiem, że mnie kochasz! - Doskoczyła do niego, łapiąc jego ramię w kleszcze swych objęć. Dobrze chociaż, że nie zdążył wziąć ponownie pędzla. Gdy pomyślał, że Kaśka mogłaby zniszczyć jego misterny obraz, poczuł na twarzy rumieńce wściekłości. To pewnie na jakiś czas pewnie wyeliminuje go z bitwy z obrazem.
Dziewczyna zaś uśmiechnęła się jeszcze bardziej dwuznacznie.
- Chyba na łeb upadłaś.
- Ładnie kłamiesz, skarbie! - zapiszczała i ścisnęła jego rękę mocniej.
Starszy brat z pewnym zaniepokojeniem zarejestrował wreszcie w swoi małym, do cna niemalże przesiąkniętym romansowością móżdżku, że domorosły malarz minę miał co najmniej zdegustowaną i zniesmaczoną, a ten błysk w jego oczach wcale nie oznaczał skrzętnie ukrywanego uczucia wobec Kaśki, a gniew i odrazę.
Pocieszał się jedynie, że na zbliżających się powoli studiach jego mały, aspołeczny braciszek na pewno znajdzie sobie ładną dziewczynę.

***


Deszcz spływał po szybach i szumiał na ulicach. Uniwersytet Jagielloński, dla niego wciąż jeszcze potwornie obcy i nieprzyjazny, dawał jakie takie schronienie, o ile za schronienie można uznać miejsce całkiem oblężone przez przyszłych studentów. Wolno się przyzwyczajał do miejsc, a dopiero co dostał własne mieszkanie, umeblowane antykami po dziadku, w pobliżu uniwersytetu. Ojciec mu załatwił wszystkie formalności, zresztą nigdy nie mieli problemu z prowadzeniem prawie luksusowego życia, w odróżnieniu od szarej masy, związanej kartkami na chleb i inne produkty.
Tym razem jednak nie liczył na specjalne traktowanie. Kolejka to nie jest sprawa, którą by chciał sobie "załatwić". Grupa oczekujących powoli się kurczyła, chociaż o wiele za wolno, biorąc pod uwagę, że za dziesięć minut sekretariat kończył przyjmować kandydatów z dokumentami. Chłopak niespokojnie spoglądał na zegarek, niemal modląc się, by nie zamknięto wedle rozpiski.
Siedząca obok rudowłosa dziewczyna o bladej twarzy porcelanowej lalki nie miała takich problemów. Wydawała się w ogóle nie mieć żadnych. Najspokojniej w świecie czytała książkę, zerkając tylko w stronę drzwi, czy przypadkiem nie przyszła jej kolej.
Estetycznie rzecz biorąc, nie przeszkadzała mu, ani oszałamiająco piękna, ani wyjątkowa, więc nie zwrócił na nią większej uwagi. Z uprzejmej wymiany zdań pół godziny wcześniej wiedział jedynie, że będą studiować ten sam kierunek, nie widział więc potrzeby się z nią od razu zaznajamiać. Nie czułby takowej także gdyby byli na różnych wydziałach. Chociaż fakt, iż w ogóle ją zauważył, przemawiał zdecydowanie na korzyść nieznajomej.
Gdy kolejna osoba wyszła z sekretariatu, dziewczyna podniosła się i znikła za drzwiami, by po wyjątkowo krótkiej chwili udać się w stronę wyjścia. I najprawdopodobniej w tymże wyjściu została. Zostawiwszy dokumenty wszelakie, wychodząc spostrzegł ją, opartą o filar, z nosem wetkniętym w książkę. Rude włosy opadały jej na twarz, widać było tylko czubek nosa zza tej pomarańczowej zasłony.
Zatrzymawszy się, przez chwilę gapił się na nią głupio. Intuicja podpowiadała mu nawiązanie jakiegoś kontaktu, co - biorąc pod uwagę wyjątkowo ostrożny charakter tejże intuicji - było wręcz zdumiewające.
- Parasol? - spytał w końcu.
Dziewczyna podniosła głowę i wbiła w niego zirytowane spojrzenie. W jego głowie coś zasugerowało zwiększenie dystansu wobec obcej. Obiecał swej intuicji, że posłucha, jak tylko przestanie mu podpowiadać rzeczy sprzeczne.
- Pada - wyjaśnił. - Nie masz parasola.
- Zaiste, twoja spostrzegawczość powaliła mnie na kolana - odwarknęła nieznajoma, wydymając usta trochę gniewnie, a trochę pogardliwie. O dziwo, w tym właśnie momencie uznał ją za sympatyczną.
- Odprowadzić cię? - zapytał, starając się unikać tonu, jakim zwykle jego brat wypowiadał to zdanie. Aczkolwiek nieznajoma najwyraźniej nie zauważyła różnicy, przynajmniej z uniesionych wysoko brwi i coraz bardziej pełnego politowania wyrazu twarzy wnioskując.
- Wolę poczekać. Wkrótce przestanie.
- W prognozie mówili, że będzie długo padać - skłamał na poczekaniu. - A parasol jest duży. Mały starczyłby tylko dla mnie. - Wzruszył ramionami obojętnie. - Nie chcesz, to sobie czekaj. Chciałem poćwiczyć uprzejmość, ale chyba słabo mi idzie.
Ruda przez chwilę spoglądała to na zalane deszczem ulice, to na parasol, to na niego, najwyraźniej kalkulując ewentualne zyski i straty, aż w końcu zamknęła książkę.
- Dawaj ten parasol. - W szarych oczach pojawił się jakiś żartobliwy, a może złośliwy błysk.

***


Od (niezupełnie) pamiętnego dnia z parasolem minął blisko rok, a oni nadal jakoś się nie rozdzielali. Intuicja najwyraźniej właściwie podpowiedziała domorosłemu malarzowi zawarcie znajomości z kompletnie obcą dziewczyną. Chociaż momentami drażnił go narcyzm koleżanki i ostro jej się za to dostawało, zaprzyjaźnili się całkiem porządnie, aczkolwiek z pewnością nie na dobre i na złe, i z pewnością nie tak, by sobie wszystko o wszystkim mówić. Choćby z prostej przyczyny, że żadne nie czuło takiej potrzeby. Jakoś więc szła ta płytka znajomość, polegająca głównie na piciu wieczorami i wyśmiewaniu innych ludzi, wytykaniu im po cichu brzydoty tudzież zawierająca dyskusje na temat rzeczy pięknych lub interesujących, bo te dwa nie zawsze muszą iść w parze, choć jest to zdecydowanie wskazane. Ewentualnie narzekali na rodziny, uparcie naciskające, by wreszcie się ustatkowali. Raz nawet poruszyli temat zmiany ustroju, ale jakoś niespecjalnie ich to interesowało, więc dali spokój polityce.
W sumie nawet nie zauważyła, od kiedy te cotygodniowe, a czasem częstsze wizyty stały się niezmienną tradycją, kultywowaną mimo śniegów, deszczów, upałów tudzież klęsk innych uciążliwych zjawisk pogodowych.
Jak co tydzień siedziała jego łóżku, wyeksmitowawszy kumpla na podłogę. Popijała wódkę z sokiem ze niewielkiej szklanki, czule wpatrując się w napój i wyraźnie nie zwracając uwagi na nic innego. Zresztą najwyraźniej kompanowi to nie przeszkadzało, sam też do specjalnie społecznych nie należał, więc najprawdopodobniej obecnie rozważał, czy namalować zieloną czy seledynową chustkę na najnowszym obrazie. Czasami jego problemy - jeśli w ogóle o nich mówił - rozkładały ją na łopatki.
Po chwili otrząsnęła się z miłosnych uniesień (wszak alkohol był jej bliższy niż rodzina i kochała go niemal jak siebie samą) i spojrzała z ukosa na kumpla.
- Nie chciałbyś mnie namalować? - spytała, zupełnie niepomna tego, iż nie znosił, gdy go budzono z zamyślenia.
- Nie - burknął, otrząsnąwszy się jakby. Zerknął w swoją szklankę i wypił wszystko jednym haustem, odchylając się mocno do tyłu. Doprowadziłby się do pozycji poziomej, gdyby nie ściana.
Była pewna, że zaraz go ten alkohol weźmie na poważnie i że będzie ją do drzwi odprowadzał, turlając się po ścianach, ale w zasadzie… wszystko jedno. Ewentualnie być może obeszłoby ją, gdyby czynił tak na polu minowym. W domu jednak nie groziło mu nic poza atakiem wściekłej doniczki.
- To byłby twój najpiękniejszy obraz. Mogłabym, hm… - zaczęła snuć fantazje na temat swego udziału w sztuce. - Ta twoja przedwieczna komoda, mogłabym się na niej położyć. Za poduszkę byłby gramofon i zatytułowałbyś to "Euterpe współczesna" albo "Melpomene współczesna"…
- Może i niezły pomysł - mruknął, nalewając sobie znów wódki. Zaraz dopełnił szklankę sokiem i usadowił się wygodniej na brudnym jaśku. - Ale komodę zostaw. Nie będziesz łazić po tych antykach, uszkodzisz.
- Hm, fakt, antyki piechotą nie chodzą. Wnoszenie nowych mebli na siódme piętro byłoby kłopotliwe.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, myśląc o niebieskich migdałach. Przynajmniej już nieco podpity domorosły malarz z pewnością o niczym sensownym nie myślał, nawet jeśli jego wyraz twarzy sugerował zwiększony wysiłek psychiczny i ambitne rozmyślanie. Pewnie rozważał, jakich pędzli użyć. Ruda natomiast zadręczała się obrzydliwym obrazem ciężarnej siostry, w białej sukience wyglądającej jak beza - bo ślub był nieco spóźniony - a potem niuniającej wrzeszczące w niebogłosy niemowlę. Ciągła i nieznośna obecność rozanielonej mamuni i babuni dziecka, do spółki z ciągłym wytykaniem stanu panieńskiego sprawiła, że ruda od ponad pół roku nie odwiedzała rodzinnej miejscowości, choć ta była ledwie paręnaście kilometrów od Krakowa.
- Nie myślałeś, by coś zrobić z tą narzekającą rodziną? - spytała po chwili. - Zamordować nie przejdzie, ale na przykład… hm, wziąć papierowy ślub, tylko dla obopólnych korzyści, na przykład finansowych.
- W sumie… ino raczej, no ciężko może być. Białe małżeństwo, kto na to się zgodzi? Nie wiem, czy wielu takich jest.
- Jest nas dwójka, wystarczy. Ślub na pokaz, ten twój współlokator chyba studia kończy teraz, mogę wynająć jego pokój. Samotni poszukujący drugich połówek się odczepią, rodzinka także, a jak na bachory zaczną naciskać, to wciśniemy kit, żeśmy bezpłodni i się leczymy, tylko bez skutków. Przestaną nam wyrzucać, że domu rodzinnego nie odwiedzamy.
- Doskonały pomysł, wprost wyborny. I przygarniemy kota, co? - rzucił z przekąsem.
Ruda uznała za stosowne nie zauważyć ironii i rzekła:
- Koniecznie.

***

Mimo początkowo mizernego entuzjazmu, w końcu przekonał się do pomysłu. Wystarczyło kilkakrotnie wspomnieć o posiadaniu partnera, a wszyscy byli ślepi na nawet najbardziej ewidentne oznaki braku płomiennego uczucia i pociągu fizycznego między jakże uroczą parą. Nawet początkowe mówienie prawdy (nieco wprawdzie okrojonej z powodów decyzji matrymonialnej) o relacji spotykało się zawsze z jedną reakcją: "ładnie kłamiesz, skarbie."
Dodatkowo idealny plan wspierał fakt, iż jeszcze kilka lat temu jedna rodzina należała do biednych sympatyków "Solidarności", druga zaś do obozu przeciwnego. Widmo wesela, zgromadzeń rodzinnych i wspólnych świąt zostało skutecznie oddalone, podobnie jak wcześniejsze narzekania na niechęć do zakładania rodziny.
Oba obozy mogły jedynie pluć sobie w brodę i powtarzać: "masz babo placek", a domorosły malarz i rudy narcyz żyli krótko i szczęśliwie, przez całe małżeństwo w oddzielnych pokojach i nie zbliżając się do siebie bliżej niż na odległość metra. Żyli tak wraz z grubym, burym kotem, póki śmierć ich nie rozłączyła. Ale nawet wtedy zmarli razem, zapiwszy się po śmierci ukochanego kocura.



Euverris
brak www
data: 18.04.2011 r.
Tak więc zapraszam na nic do życia nie wnoszącą ocenę.


blog4u